Radio Malbork

 
 

Na antenie

Wkrótce

23:00 – 00:00

Rock Rebelia (POWTÓRKA)

Aktualnie gramy

JENNIFER LOPEZ
If you had my love

Słuchaj on-line

Felietony

Izabeli Skibickiej

Felieton dla „byłych”, redakcyjnych kolegów. (13. 08. 2012 r)

Dzisiejszy felieton to będzie całkowita tzw. „prywata”. Chciałabym go poświęcić fajnym chłopakom. Jak niektórzy wiedzą moja kariera w TvMalbork dobiegła końca. Telewizja beze mnie funkcjonuje nadal i to całkiem nieźle. Dlatego zaniepokoił mnie trochę zarzut, który usłyszałam od jednego słuchacza, że chłopacy w telewizji nic sobą nie reprezentują. Zgłaszam sprzeciw. Całej czwóreczce, czyli Kubie, Dawidowi, Mateuszowi i Robertowi nie można nic zarzucić. Prowadzą się całkiem nieźle, przyzwoicie, a  przynajmniej takie wrażenie sprawiają. No dobra, naczelny montażysta TvMalbork Dawid może i złamał niejedno serce, a kiedy sprawdzał facebooka, to na dolnym pasku pojawiało się pięć rozmów i każda z piękną kobietą. Ale jest bardzo skromny i udaje przyzwoitego, z powodzeniem nawet. To od niego dostawałam czekoladki w kształcie serduszek na Walentynki i Dzień Kobiet.

Kubuś, w przeciwieństwie do Dawida nie flirtuje na facebooku, bo ma prześliczną narzeczoną, Zosię, ale za to ma inną cechę charakterystyczną. Redakcja pracę zaczynała o 8:00, a wg Kubusia można było nastawiać zegarki. Dzień w dzień mój szanowny kolega wpadał do redakcji równiusieńko o 8:10. I nie było wyjątku. No, raz wpadł zdyszany już o 8:05, ale potem przez trzy dni zastanawialiśmy się z resztą załogi, że może spać nie mógł, albo coś. Kawą w pracy gardził i swoją przywoził w blaszanym kubełku. Nie ufał mi chyba. Ale to raczej nie przez tę sól w jego kawie, która kiedyś wsypała mi się przez omyłkę. Pluł wtedy przez godzinę.

Mateusz… Najdłuższy stażem w załodze, ale najmłodszy wiekiem. W tygodniu biegał do szkoły, a w weekendy do Ewki do Sztumu, albo na mecze. Średnia ocen w szkole 5,0, kiedy dostał raz czwórkę musieliśmy zrzucać się na psychoterapeutę, bo się chłopak lekko załamał. No, łeb to on faktycznie ma… I robi całkiem niezłe ciasto, co zresztą zaprezentował w ostatniej części „Redaktor też człowiek”, gdzie kucharzył ubrany w jagodowe majteczki. Nie wiadomo było na czym wzrok skupić, na jego bieliźnie, czy na wypieku.

Ostatni z muszkieterów to Robert. Zapowiada się z niego całkiem niezły redaktor, choć mam do niego straszny żal. Tak Sebastiana Karpiela Bułeckę zbałamucić, to było nie fair. Kiedy szedł na wywiad z Zakopower prosiłam pięć razy: „Weź od Sebastiana numer dla mnie”. I myślicie, że wziął? Jasne, że wziął, ale dla siebie. Teraz podobno raz na dwa tygodnie do Zakopanego jeździ.

Jako jedyna kobieta w drużynie TvMalbork i do tego NIECO starsza matkowałam chłopakom i marudziłam nieco. Ale jestem przekonana, że jeszcze nie raz za tym zrzędzeniem zatęsknią… Lato się kończy, niedługo zima. Czy ktoś tym fajnym smarkaczom przypomni, żeby szalika nie zapomnieli, kiedy na nagranie będą lecieć? Albo, żeby kanapki zjedli i nie pili tyle kawy.

Pozdrawiam swoich przesympatycznych kolegów z mojej dawnej pracy.


Felieton, którego nie ma (6. 08. 2012 r)

Dziś będzie felieton, którego nie ma… Niedziela wieczór, jak co tydzień zasiadam do napisania poniedziałkowego felietonu. Temat, temat, kurczę, tematu brak… Przeglądam strony lokalnych mediów, coś tam jest, coś dzieje, ale nic, co nadawałoby się na ciekawy felieton. Oooo, Magic Malbork. No, tej imprezy reklamować nie trzeba. Ale nie ma się co dziwić, kiedy za organizowanie imprezy zabiera się ktoś, kto się na tym zna, to zawsze gwarancja świetnej zabawy.

Co jeszcze? Pomezania wygrała z Tolkmickiem. Super, chyba wypoczęli chłopaki przez wakacje. Może w końcu zacznie się dobra passa naszych piłkarzy.

Kolejna informacja: wojna między obecnym a poprzednim burmistrzem Malborka. W sprawy polityczne się nie mieszam, a tym bardziej, że lubię obecnego włodarza miasta, więc czepiać się, ani komentować nie będę.

Czołowa, malborska gazeta internetowa pisze o zakończonych nagraniach do teledysku o Malborku. Roztańczonego Florka poznałam osobiście, przesympatyczny facet z niego.

Zaraz zabieram się za pisanie felietonu, tylko zerknę co tam w facebooku piszczy. Dzieje się, oj dzieje się! Tam kolejna wojna, tym razem między dwoma raperami. Jeden z nich to nasza czołowa, lokalna gwiazda rapu, Elciak. Poszło o to, że jakiś pseudo muzyk koniecznie chciał nagrywać z Elciakiem. Ten nie był zainteresowany, więc w prezencie dostał piosenkę, której słowa obrażały naszego rapera w każdej zwrotce. Wkurzony Elciak nie pozostał dłużny i stworzył piosenkę, która godzinę później pojawiła się na „fejsie” . Gdyby wyciąć niecenzuralne słowa, to nie byłoby nic… Na tym nie koniec, bo obrażony przez Elciaka chłopaczek napisał  kolejny utwór o swoim rywalu.  Matko, co za przepychanka. Koniec końców obaj panowie tamtego dnia okazali się bardzo twórczy. Kiedyś artysta szukał muzy wśród pięknych niewiast, a teraz wystarczy nieatrakcyjny kolega „po fachu”.  Z tego nie może wyjść nic dobrego.

Dobra, zjem kolację, może podczas jedzenia kanapek z pomidorem wymyślę coś mądrego. Kilka chwil i kilka kanapek później: jedyne, co mi przyszło podczas jedzenia do głowy, to to, że muszę schudnąć.

Mam wrażenie, że mój mózg zrobił sobie wakacje, bo puściutko w nim, aż przykro. Za ostatni felieton dostałam od kolegi po nosie, że pisany na siłę, że stać mnie na więcej. Trochę racji miał… Dlatego mam do Was prośbę, przysyłajcie do redakcji Radia Malbork tematy, o czym chcielibyście usłyszeć w kolejnych felietonach. Tymczasem przepraszam Was serdecznie, ale dziś felietonu nie będzie…

 

Felieton o Madonnie (02. 08. 2012 r)

W Warszawie odbędzie się bardzo ważny koncert. Z pewnością będzie to wielkie wydarzenie, zwłaszcza dla kościoła, ojca Rydzyka, bezpośrednia transmisja nadawana przez telewizję TRWAM ma zapewnić odbiór szerokiej rzeszy osób wierzących. Dla Polaków zaśpiewa sama Madonna. Taki żarcik, nie chodzi tu o chrześcijańską Madonnę. A kościół katolicki w rzeczywistości zgłosił sprzeciw, aby ta dama pojawiła się na scenie w Polsce. Skąd taka postawa? Z jasnej przyczyny, Madonna śpiewa całkiem nieźle, choć osobiście uważam, że Beata Kozidrak kładzie ją na łopatki, ale za to skandalizować potrafi jak mało kto. Nawet Doda przy niej to grzeczna pensjonariuszka, chociaż próbowała się na niej wzorować, z mizernym skutkiem. Domyślam się, że skoro piosenkarek na świecie jest cała masa, to jakoś się wybić trzeba, ale żeby przy okazji tracić do siebie szacunek? Dziwnym trafem artystka kolejny raz z terminem potrafiła wstrzelić się w datę, którą powinniśmy szanować. 1 sierpnia to rocznica Powstania Warszawskiego, wypadałoby w nieco innych sposób uczcić ten dzień zamiast wpuszczać na scenę panienkę, która albo się obnaży, albo wymyśli inny sposób, żeby jej nie słuchano, tylko oglądano. Tak się dziwnie składa, że poprzedni koncert Madonny, z 2009 roku odbył się 15 sierpnia. Data znana głównie tym, którzy po sobotnich imprezach nie przesypiają niedzielnych mszy. To dzień obchodów święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. No dobra, będę wredna, jeśli nazwę Madonnę beztalenciem, bo jednak jakimś tam „talenciem” jest. Ale nie zaszkodziłoby jej chyba skoncentrowanie się na muzyce. Trasa koncertowa Madonny ma być jednym z najbardziej dochodowych tournee, bilety w Polsce kosztują bagatela od prawie 3 stów do ponad czterystu złotych. Polakom jednak kryzys widocznie nie przeszkadza, albo mają jakieś zatajone dochody, bo na ten wydatek stać tysiące osób. Na koniec dodam, że z kościołem katolickim zgadzam się w jednej kwestii bezsprzecznie: Madonna jest jednak diablicą. Będąc normalnym śmiertelnikiem nie można w tym wieku wyglądać tak, jak ona. Jeśli zaś chodzi o muzykę, to odpuszczam sobie koncert gwiazdy na rzecz koncertu zorganizowanego z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, wystąpią UBRANE polskie piosenkarki, min. Halina Mlynkova.


Wakacyjny felieton (30. 07. 2012 r)

Znajomi pojechali na urlop do jednego miasteczka nadmorskiego. Koleżanka dzwoni po kilku dniach i szepcze do słuchawki, że coś tu nie gra, może morze zanieczyszczone czymś tajemniczym, albo kosmici mają tu lądować i porywać ludzi na eksperymenty, bo pusto jak nigdy. Jeszcze całkiem niedawno taki wypoczynek w nadmorskiej miejscowości trzeba było sobie dużo wcześniej rezerwować, bo bez rezerwacji na godziwe lokum szans nie było w sezonie. Na plaży między ludzi  szpilki nie można było wetknąć, takie przepełnienie. Natomiast w tym roku ledwie kilkunastu emerytów kręci się po plaży. Poradziłam koleżance przyjrzeć się tej sprawie bliżej, bo faktycznie coś tu nie grało. Sama popytałam innych znajomych, czy oni też nie wybierają się czasem nad morze, albo, czy  może już tam byli. Spośród sześciu par tylko jedna odpoczywała nad polską częścią Bałtyku, pozostali uważali, że jak urlop, to tylko za granicą. Ci zaś, którzy woleli zostać w kraju  zasypali mnie gradem zarzutów: bo morze zanieczyszczone, bo plaża brudna, bo ludzie niekulturalni, bo drogo, bo dyskoteki obskurne, albo dla przedszkolaków, bo obsługa chamska itd. Zebrało się tych minusów na pół godziny gadania. Przy okazji tematów wakacji i urlopów przypomniałam sobie swoje, sprzed wielu lat. Spędzane głównie na koloniach organizowanych przez zakład pracy mojego taty, czyli PKP, albo z rodzicami pod namiotem, np. w Ocyplu. Na koloniach czas organizowano nam głównie na świeżym powietrzu. Ale żaden dzieciak nie miał nic przeciwko temu, nawet jak padało, to woleliśmy moknąć, niż dusić się w budynku. A zabaw nam nie brakowało. Nikt nie zastanawiał się, czy komórki będą miały zasięg, czy będzie darmowy dostęp do netu, bo takich cudów nie było. Atrakcją była, np. młodzież zza sąsiedniej granicy, która przyjeżdżała do nas na wakacje. Ile przyjaźni się wtedy zawierało, jak potem na listy czekało z charakterystyczną kopertą, od razu oceny za rosyjski od września lepsze były… Kolejna część wakacji, to wyjazd z rodzicami. Nie każdego było stać na wynajęcie domków, a niektórzy wręcz woleli namioty. Czy komuś przeszkadzały robaki w śpiworze? Albo deszcz kapiący na nos przez nieszczelny namiot? Kto zastanawiał się, czy to higieniczne jest myć się w jeziorze, albo zdrowe na trzy posiłki dziennie jeść  konserwy  niewiadomego pochodzenia z puszki?! Nikt, bo wakacje miały być beztroskie, a nie pełne problemów, takich jak brak zasięgu, czy rozładowana komórka. Teraz urlop spędza się w luksusach, wygodzie, całkowicie zaplanowany, bez żadnego spontanu. A szkoda… Znowu zadzwoniła do mnie znajoma z nadmorskiego kurortu:

- Już wiem, dlaczego tu tak pusto- wytłumaczyła mi- Bo rządzący kazali zamknąć jedyną dyskotekę, żeby było kulturalniej, dlatego przyjechali tylko emeryci. A wczoraj za dwie kolacje składające się z dwóch dań zapłaciłam tyle, co we Włoszech za dobę w hotelu ze śniadaniem.

Na koniec stwierdziła, że za rok jadą z mężem do Egiptu, bo ich na polskie wczasy po prostu nie stać.


Felieton o nalocie gwiazd (26. 07. 2012 r)

Malbork jak magnes przyciąga gwiazdy. Przyjazd  do naszego miasta wiąże się z ryzykiem, że nigdy nie będzie się już chciało z niego wyjeżdżać. Dotyczy to sławnych ludzi, którzy coraz częściej zaprzyjaźniają się z Malborkiem. Przykładem jest roztańczony Maciej „Gleba” Florek, bądź Krystyna Czubówna,  właścicielka głosu, od którego ciarki przechodzą przez ciało. Nikogo  z nas ta fala gwiazd nie dziwi, bo sami jesteśmy oczarowani Malborkiem, ale nie wiem, jak wytrzymamy ten nalot. Teraz kolej na Sebastiana Karpiela Bułeckę, choć osobiście nie mam nic przeciwko jego częstszej obecności u nas, dotyczy to zapewne również damskiej części naszego miasta. Przyjechał na Dni Malborka, dał świetny występ, a teraz rozważa czy lepiej byłoby poszukać domu na Piaskach, czy jednak apartamentu na Kościuszki. Wpadł po uszy. Kolejna „ofiara” to Jarosław Kret. Pretekstem, żeby nas odwiedzić był program „Polska według Kreta”, ale nieoficjalnie wiadomo, że prezenter zachwycony urodą Agnieszki Cegielskiej oraz Marceliny Zawadzkiej wyszedł z słusznego założenia, że takie kobiety to tylko w Malborku. Facet zna się na rzeczy i bynajmniej nie mylił się ani trochę. Mamy więc już kilka męskich gwiazd, Malborżanki są zadowolone, ale co z tego mają Malborczycy? Bo jak na razie najpiękniejsze kobiety z Malborka właśnie uciekają, mowa tu o naszej ślicznej pogodynce i aktualnie nam panującej Miss Polonia. Nadal mamy tu jednak śliczne Balbiny, w tym min. Agatę Kujawę, Anię Szatybełko, że już o Paulinie Czapli nie wspomnę. Radzę więc dbać o te piękne kobiety, które jeszcze zostały. Swoją drogą, to ja się wcale nie dziwię, że Krzyżacy nie mieli zamiaru wyprowadzić się z Malborka. I nie o tę kupę cegieł, czyli zamek im chodziło. Bynajmniej… Wiedzieli to, co wiedzą wszyscy, już od wieków, że najładniejsze kobiety właśnie z Malborka pochodzą. A fakt, że byli zakonnikami absolutnie im nie przeszkadzał… Zakonnik też człowiek…


Felieton o Detmim (23. 07. 2012 r)

Aby pracować w radiu trzeba mieć odpowiedni głos. Dlatego ja tylko czytam felietony. Jak ktoś ma nie tylko głos, ale i słuch, to jeszcze lepiej. Do tego odpowiedni bajer, znajomość odcinków popularnych, telewizyjnych seriali i mamy jednego z naszych malborskich prezenterów radiowych. Aby urozmaicić nieco dzisiejszy felieton zadam pytanie konkursowe: „O kim mowa? Dla ułatwienia dodam, że słowa ‘Astalavista baby’ z ust mu nie schodzi”. Na odpowiedzi czekamy pod numerem telefonu 112, do godziny… już, czas minął. Spośród dwudziestu czterech poprawnych odpowiedzi wybraliśmy jedną, podaną przez panią Jadzię spod Malborka. Zdaniem pani Jadzi, zresztą słusznym mowa tu o Detminatorze. Nagrodą jest autograf naszej gwiazdy na biustonoszu. To się mąż pani Jadzi ucieszy…

W związku z tym, że felieton czytany jest na żywo mogę teraz mówić co chcę, ale po zakończeniu muszę szybko wziąć nogi za pas i uciekać, żeby mnie Mateusz nie udusił. Teraz jednak mogę mu  dokuczać, w końcu każdemu z Radia Malbork dostało się już po nosie.

Mateusz Detmer vel Detmi jest nie tylko prezenterem, ale również piosenkarzem, który śpiewa głównie to, co sam napisze i skomponuje. Geniusz malborskiej i okolicznej sceny muzycznej, zupełnie samowystarczalny. Muzyka Mateusza to najpopularniejszy gatunek spośród wszystkich możliwych, cechuje go to, że nikt tej muzyki PODOBNO nie słucha, ale płyty schodzą jak ciepłe bułeczki. Nikt sobie też nie wyobraża wesela bez tej muzyki. Ja się na muzyce nie znam, bo tylko Chopina słucham, ale to Dance się nazywa, Disco, czy jakoś tak. . Ktoś powiedziałby, że muzyka mało ambitna, ale mnie się wydaje, że bardzo ambitna, bo w przeciwieństwie do obecnego popu to jednak jakieś tam sensowne słowa są. I bioderka same jakoś tak w jej rytm podrygują. Mniejsza z muzyką, a większa z Detmim. Dosłownie „większa”, bo Detmi w drzwiach się nie mieści, jakiś taki dziwnie szeroki w barach. Nasze słuchaczki tego nie widzą i to ratuje Radio Malbork przed nawałnicą wielbicielek. Chyba pakuje, tak to się teraz mówi?! Niestety, muszę Wam przekazać smutną, straszliwą wiadomość, ale Mateusz zaręczony jest ze śliczną Patrycją. Złamał tym serce nie tylko naszym słuchaczkom, ale także mi, Violi Jankowiak i Gośce Turbak. Musimy się z tym pogodzić, jakoś żyć dalej. Pozostaje nam tylko w wyszukiwarce youtube wpisać Detmi i słuchać jego piosenek płacząc w poduszkę, albo włączyć Radio Malbork, gdzie z pewnością Wam opowie, czy Hanka Mostowiak z „M jak miłość”, albo Rysiek z „Klanu” zmartwychwstaną… Ja biorę teraz rozbieg i uciekam, bo Mateusz właśnie zakasuje rękawy, a wcale tak gorąco nie jest… Paaaa


Felieton ekologiczny (19. 07. 2012 r)

Zauważyliście, że ostatnio panuje  moda na ekologię… Wszystko zdrowe, wszystko ekologiczne i takie, jak kiedyś. Coraz rzadziej kupujemy jajka z marketów, wolimy te od sąsiadki cioci Stefci ze wsi, może nie czyściutkie, raczej nieco upaskudzone, ale jakże zdrowe. Przestajemy lubić marchewki ze sklepów, mimo, że są piękne, duże, a w kilogram wchodzą aż dwie sztuki. Stawiamy na te małe, nadgryzione przez robactwa, z przylepioną ziemią (która też swoje waży), ale przynajmniej zdrowe. Świadomie unikamy kupowania wielkich jak prosiaki kurczaków, bo wiemy, że ich wielkość to efekt faszerowania hormonami, które potem lądują w naszym jestestwie. I dziwić się, że dwunastolatka wygląda jak dwudziestolatka.

Czyżbyśmy zmądrzeli? Chyba tak. Furorę robią sklepy z ekologiczną żywnością, ludzie masowo przeprowadzają się na wieś. Nie mówię tu oczywiście o skupiskach dla nowobogackich, które z czasem przestają być wioskami, a stają się luksusowymi osiedlami. Staliśmy się świadomym narodem, znudzonym gonitwą za kasą, do której i tak uczciwie nie dojdziemy, wyścigiem szczurów. Marzy się nam spokojny żywot, normalne relacje międzyludzkie, w których sąsiad zna swojego sąsiada. Coraz częściej zdarza się, że ktoś, kto doszedł w swojej karierze już do wszystkiego, do czego mógł dojść rzuca wszystko i zaszywa się na jakimś zadupiu w Bieszczadach, albo na Mazurach. Hoduje kury, kozy i jest szczęśliwy.

Osobiście znam kogoś, kto wprawdzie przed karierą nie uciekał, bo jej nie robił, ale postawił wszystko na jedną kartę. I męczy się bidula na zupełnym odludziu, gdzie w pobliżu jest tylko jeden dom zamieszkany przez starsze małżeństwo, a kolejne oddalone są o ponad kilometr. Zapomniała co to manicure, za paznokciami „żałoba”, bo w ogrodzie roboty nie brakuje, ale jest szczęśliwa. Bo u jednego sąsiada kupuje mleko, jeszcze ciepłe, prosto od krowy, drugi sprzedaje jej jajka, które kury znoszą po krzakach, w sąsiedniej wiosce ma dostawcę warzyw, starszą panią, która uwielbia grzebać się w ziemi, a sztucznych nawozów nie stosuje, bo ja twierdzi „Po co? Skoro samo ładnie na żyznej, żuławskiej ziemi rośnie”. Rano nie musi się malować, żeby wyjść na podwórze, kawę pija na tarasie, albo w ogrodzie, jak jest problem z falami i radio ma zakłócenia, to słucha śpiewu ptaków. Zasięg Internetu jest straszny, wystarczy na sprawdzenie poczty, ale zawsze znajdzie czas na napisanie felietonu dla Was. Mimo, że żaden publiczny środek transportu do niej nie zajeżdża, ani pociąg, ani autobus, to wsiada w swoje nadżarte przez rdzę auto i przyjeżdża, żeby te felietony Wam przeczytać. I cieszy się, że w radiu słychać ją, a nie widać, bo wpadła tylko na chwilę w przerwie pracy w ogrodzie i wygląda strasznie, ale to widzi tylko kolega w studio…


Felieton jak lekarstwo (16. 07. 2012 r)

W każdym mieście co dzień jedna z aptek ma dyżur nocny. Bo to różnie bywa, nigdy nie wiadomo, czy jakiegoś lekarstwa nagle nie zabraknie. W Malborku do pewnego czasu nocne dyżury pełniła tylko jedna apteka, która jednak zmęczyła się tymi „nockami” i postanowiła z  nich zrezygnować. Zdaniem farmaceutów „nocny interes” nie opłaca się, bo rzadko zdarzają się klienci przybywający po zmroku. Ale co będzie, jeśli taki klient jednak się zjawi? Pewnie  aptekarzy nie zadowoli, bo najczęściej w nocy kupuje się środki na ból głowy i prezerwatywy. A i to rzadko…

Farmaceuci zupełnie nieświadomie mogą zapoczątkować w Polsce przełom i ciąg strajków. Kierowca nocnej linii autobusowej może powiedzieć, że skoro zdarza mu się, że nieraz jeździ bez pasażerów, to mu się nie opłaca jeździć, a ochroniarz na terenie budowy powie, że złodzieje i tak nie buszują, to po co on ma tam siedzieć…

Tak więc trwa sprzeczka między Radą Powiatu a malborskimi farmaceutami, bo ci pierwsi muszą wytypować apteki dyżurujące, a ci drudzy marudzą, że nie i koniec. Mamy za to poznać dobre serce aptekarzy, bo jak już to mogą posiedzieć od 6 do 23. W zasadzie to choroby nikt sobie nie planuje, ale może powinniśmy zacząć, bo, jeśli leki będą dostępne tylko do 23, to co po tej godzinie? Jest szansa, że zacznie się wtedy sprzedawanie „spod lady”, czyli 200 % ceny „dziennej” u aptekarzy w domu, albo w umówionym miejscu… Już to zdaje się kiedyś przerabialiśmy… W poprzednim systemie politycznym  takie miejsca bywały, jak monopolowe już zamykali, albo jeszcze nie były otwarte. Ale rzeczywiście cena była wyższa i jakość podejrzana. Ludzie krzywili się, ale pili, bo co innego robić, kiedy komuna im straszliwie dokuczała… Ja rozumiem, że faktycznie nie zawsze opłaca się aptekę całą noc otwartą trzymać, ale nie wierzę, że dyżurujący farmaceuta całą nockę przy ladzie siedzi i na klienta cierpliwie czeka. W końcu nie po to na drzwiach jest przycisk, żeby dzwonić, a farmaceuta z jakiegoś tez powodu roztrzepany do okienka podchodził ziewając po drodze. Jeśli jedynym problemem aptekarzy jest tylko i wyłącznie nieopłacalność, to może czas pomyśleć, żeby rozszerzyć działalność o coś, na co popyt jest również  nocą. Na przykład benzyna i napoje wysokoprocentowe, Doskonale wiemy, że te towary są nam niezbędne i w dzień i w nocy. To byłaby myśl. Stacja benzynowa, apteka i monopolowy w jednym. Gdyby właściciele aptek chcieli mi się odwdzięczyć za ten pomysł rozwiązujący ich problem, to wiedzą, gdzie mnie szukać;)

 

Felieton o Malmie (12. 07. 2012 r)

Dziś ważny dzień dla Malmy, dawnej potęgi makaronowej. Historię fabryki zna chyba każdy mieszkaniec Malborka. Lata całe trwała przepychanka, zrzucanie winy z syndyka na właściciela, z właściciela na państwo itd. Losami pracowników przejął się nawet sąd, który swego czasu zażądał, aby były właściciel wypłacił im zaległe pensje. O ile jestem na bieżąco, to szanowny Michel Marbot nadal nie wywiązał się z tego i pracownicy dla satysfakcji mogli sobie jedynie wyrok na ścianie powiesić z nadzieją, że może kiedyś dostaną pieniądze za swoją pracę…

A co dzieje się tam dziś? Syndyk Jacek Ryncarz wystawił fabrykę na licytację, mając nadzieję, że pieniądze otrzymane za Malmę starczą na wypłacenie choć większej części zaległych wypłat dla pracowników. Kwota to bagatela 2 i pół miliona złotych. W sumie fabryka w Malborku oraz druga we Wrocławiu, a także prawa do marki mają kosztować jedynie niecałe 87 mln. Nie przesadzajmy, że przeciętnego przedsiębiorcy polskiego nie stać na taką inwestycję. Ziemniaki na rynku coraz droższe, przyjdzie nam kaszę, albo właśnie makaron zjadać na każdy możliwy posiłek. Plotki chodzą, że sama Sofia Loren z sentymentu fabrykę kupić chce, a i Danusia Wałęsa męża o parę drobnych na Malmę poprosiła. Co to dla byłego prezydenta, marne kilkadziesiąt milionów.

Co na to wszystko były właściciel Michel Marbot? Zdecydował się na głodówkę. Jak ktoś przez całe lata głównie makaron spożywał, to nic dziwnego, że na dietę przejść zamierzył. Tylko po co od razu tak oficjalnie i publicznie? Od niedzieli siedzi przed Sejmem RP i nie je nic, przynajmniej tak twierdzi, Jak tam nie wierzę za bardzo, bo znam dobre serce naszych polityków i domyślam się, że niejeden panu Marbot kanapeczki podrzuca, pączki, jogurcik i herbatkę w termosie. Swoją drogą, to facet ma nerwy, żeby takie rewolucje robić. Może ktoś mu podpowie, żeby do fotela prezydenta RP kandydował. Szybko doprowadzi do dobrobytu, podniesie Polskę na nogi, sam się wzbogaci. A, że potem do nagłego upadku doprowadzi? Nie takie rzeczy przetrzymaliśmy, obecni politycy nie są nic lepsi, a co się makaronu za jego rządów najemy, to nasze…


Felieton o kąpieli (09. 07. 2012 r)

Wakacje, wakacje… W końcu słonko nieśmiało, ale szalenie przygrzewa, niektórzy planują urlopy i np. nad jeziorka wyjeżdżają. Nie każdego jednak na to stać, nie każdy ma wystarczająco długi urlop, ale jest opcja pozostania w mieście i mimo to… kąpieli. I nie mam tu na myśli prysznica, bądź wanny, wystarczy wyjść na ulice naszego miasta w porządną ulewę i już można brodzić w wodzie po kolana. Mieszkańcy Malborka zastanawiają się, jak to możliwe, skoro na jezdni znajdują się studzienki, przez które woda powinna spływać dokądkolwiek, byle spływała. To czemu jest jej po kolana? Bo studzienki są zapchane, albo woda za wolno spływa. Dobre wytłumaczenie ze strony organów odpowiedzialnych za te bajora, ale nie dla brodzących po pas przechodniów. Kierowcy są bardziej wyrozumiali, bo jak się konkretnie w taką kałużę wjedzie, to sprawa myjni załatwiona. Jeśli chodzi o pieszych, to przecież zawsze mogą sobie kalosze kupić. Ale ludziom tak źle i tak niedobrze. Nad jezioro nie mogą- źle, mają jeziora na ulicach pod nosem też niedobrze.

A jak nie odpowiada im jeziorko na ulicy, to zawsze mogą przenieść się na deptak w samiutkie centrum miasta. Ulica Kościuszki, piękna pogoda, wzniosły posąg króla na koniu, tryskająca fontanna i… plażowicze. Turyści bokiem przechodzą, Japończycy zdjęcia pstrykają, Niemcy brwi marszczą, a Malborczycy w głowę zachodzą jak to możliwe, kto na to pozwala? Na całym placu porozkładane ręczniki, młodzież i dzieciaki w strojach, pluskają się aż miło. Ale czy to właściwe miejsce? Każdy wie, że nie. Każdy prócz plażowiczów . Idąc na Kościuszki turysta w zasadzie kamienice podziwiać chce, a nie mokre majtki jakiegoś smyka. Co sobie potem myśli taki turysta widząc tych amatorów kąpieli? „Biedne dzieci, w domu prysznica nie mają”, albo „Gdzie są rodzice tych plażowiczów?”, albo zwyczajnie „Czemu nikt nic z tym nie robi?”…. Domyślam się, że ciężko wlepić mandat dzieciakowi, którego kieszonkowe ledwo starcza na lody podczas wakacji, ale może znaleźć inne rozwiązanie? Murem tego nie ogrodzimy, straży dookoła nie postawimy… Tak więc są dwie możliwości. Albo przyspieszymy budowę Aquaparku, albo plażę nad Nogatem skombinujemy odpowiednią. Zróbmy może  konkurs na najbardziej oryginalny pomysł, jak opędzić fontannę od tych mokrych golasów. Nagrodą będzie wyjazd nad jeziorko…


Felieton o kulturze (05. 07. 2012 r)

Dziś będzie znowu o kulturze. Tym razem o kulturze kierowców na naszych polskich drogach. Kiedy jeden z redaktorów Radia Malbork, genialny Radek Kondra poruszył w radiu  temat kulturalnych kierowców w Malborku okazało się, że wsadził kij w mrowisko. Ja tam lubię, jak ktoś wsadza kij w mrowisko, przynajmniej coś się dzieje. Rozgorzała dyskusja, a przez nasze miasto przeszła fala oburzenia, ludzie krzyczeli w mailach do radiowej redakcji, że nikt nie jeździ lepiej od nich. Ja musiałam mieć niezbite dowody na tę wysoką kulturę jazdy Malborczyków, więc ruszyłam na miasto. 

Żeby dotrzeć z naszej nowej redakcji przy Kopernika na ulicę Kościuszki musiałam pokonać  kilka przejść dla pieszych. Stety dla ludzi, ale niestety dla moich badań miały światła, chociaż i one dla kierowców daltonistów nie były wyznacznikiem, żeby dostosować się do sygnalizacji.

Na wysokości McDonalda nareszcie przejście bez świateł. Stanęłam i czekam. Jedno auto, drugie auto, a ja dalej stoję jak kołek, ze stopą wysuniętą na jezdnię, żeby niektóre matołki za kółkiem wiedziały, że nie krajobraz podziwiam, ale zamierzam przejść na drugą stronę. Po kilku minutach w miarę pusta jezdnia, więc ruszyłam przez przejście i nagle szuuuu, przed nosem przejechał mi samochód, podmuch wiatru od jego prędkości zwichrował mi fryzurę. No to dalej czekałam. Dwunaste auto zatrzymało się, kierowca gestem dłoni pokazuje mi, że mam przejśc. O nie, nie ma głupich, udaję, że nie widzę. Ja przejdę, a on mnie przejedzie. Mowy nie ma! No to ten trąbi i daje mi do zrozumienia, że mam przejść. Kątem oka zauważyłam  niemieckie tablice rejestracyjne, więc bezpiecznie przechodzę. Wróciłam na parking pod redakcję i postanowiłam, że sprawdzę teraz kulturę jazdy kierowców z perspektywy kierowcy. Jadę spokojnie, przepisowo przez miasto, a za mną jakieś BMW wychyla się co chwilę dając do zrozumienia, że chce mnie wyprzedzić. Nie mógł, bo z naprzeciwka jechały auta. Siedział mi więc na ogonie, trzy cm za moim autem prawdopodobnie kląc pod nosem jak szewc. W końcu zadowolony wyprzedza mnie pokazując gest popularny dla wkurzonych kierowców, czyli środkowy palec. Tablice rejestracyjne GSZ, odetchnęłam z ulgą, że to nie „nasz”.

Dalej zatrzymałam się przed najbliższym przejściem dla pieszych przepuszczając starszą panią. Prawie na maskę mi się rzuciła, taka szczęśliwa była, taka wdzięczna. Miałam wrażenie, że zaraz z torebki bombonierę wyciągnie i da mi w podziękowaniu, że przepuściłam ją na przejściu dla pieszych. Zastanawiające jest, że ludzie dziękują za coś, co jest tak oczywiste. Swoja drogą, to dobry pomysł, żeby urzędnicy dziękowali petentom, sprzedawcy klientom itd. Rozmarzyłam się...

Kolejny etap to parkowanie. Pod Kauflandem miejsca parkingowe oznaczone wyraźnie jak wół, ale widocznie nie na tyle wyraźnie, żeby kierowcy je zauważyli, bo jedno auto stoi w poprzek, inne zajmuje dwa miejsca, a jakaś baba wjechała z ukosa i zamiast swój samochód jakos naprostowac, to zostawiła tak i poleciała, bo w markecie promocja na filety z kurczaka była. Wyjeżdżam spod sklepu, wjechałam na rondo, a przed samą maskę wjeżdża mi jakiś starszy gościu. Ostro przyhamowałam, żeby go nie stuknąć, a on spojrzał tylko obojętnie, z lekką pretensją, jakby mu pisk opon przeszkadzał. Rąbnęłam głową w kierownicę, nie dlatego, że przecież wjechał na rondo, na którym byłam, powinien przeprosić, ale dlatego, że niezły osioł ze mnie. Bok samochodu zjada mi rdza, zamiast dać w siebie wjechać, w końcu  z jego winy, miałabym auto wyremontowane, to ja sobie jeszcze hamulce zdzieram...  I jaki wniosek z tego? Że tyle czasu jeżdżę, a tak niemądrze. Trzeba umieć korzystać z jazdy niekulturalnych kierowców, auto sobie podreperować czasem, na ubezpieczeniu zarobić... Nie da się? Da się...


Felieton o sztuce (02. 07. 2012 r)


Wczoraj wieczorem jak zwykle zastanawiałam się o czym napisać felieton, komu
tym razem dopiec. Jak się okazało długo tematu nie musiałam szukać, wystarczyło włączyć telewizor. Stoimy nad przepaścią, do której na łeb, na szyję leci kultura i sztuka w Polsce. Powoli odchodzi pokolenie PRAWDZIWYCH  ARTYSTÓW, tu Państwo nie widzą, ale powiedziałam to dużymi literami. Kiedy zmarła Agnieszka Osiecka, Gustaw Holoubek, Czesław Miłosz, czy Wisława Szymborska pomyślałam, jak ciężko było im być dobrymi artystami. Nie mieli komputerów, na których można było pisać książki, potem to drukować, czy wysyłać do wydawnictw mailem. Za czasów ich twórczości nie było pudelka.pl, czy innego badziewia, które nagłośniłoby mini skandalik, żeby tomiki poezji lepiej się sprzedawały. Nie było takiej techniki, która podreperowałaby ich fałszujące głosy podczas „śpiewania” (i tu słowo zawarte w cudzysłowiu, bo najczęściej to wycie jest). Poprzednie pokolenia artystów klepały biedę, artystami byli nie dla pieniędzy, ale z miłości do sztuki i byli dobrzy w tym, co robili. krótko mówiąc mieli talent. Wielu z nich poszło z duchem czasu i coraz częściej widać ich w „Tańcu z gwiazdami”, czy innym show oglądanym częściej, niż świetny poniedziałkowy Teatr Telewizji. Ale wielu pozostało wiernym swoim ideom i prawdziwej sztuce.
I ledwo wiążą koniec z
końcem. Jest jednak szansa, że po śmierci ktoś ich doceni. Ja jestem optymistką
i mam wielką nadzieję, że ludziom znudzą się twory typu Doda,
Kuba Wojewódzki, czy Dorota Masłowska
i zatęsknią za pięknym głosem
Zbigniewa Wodeckiego, czy genialnymi kryminałami Joanny Chmielewskiej. Bo ile można znosić tendetę i pseudo sztukę, ile można wydawać fortunę na płyty kogoś, kto w pierwszym lepszym show zaświeci swoim fanom gołym tyłkiem w skąpej mini pokazując, gdzie ma swoich wielbicieli. Tak więc, proponuję, żebyśmy na znak buntu sięgnęli dziś wieczorem po dobrą lekturę
i przestali
podnosić oglądalność pudelka.pl, czy innego plotka. Jak już musicie serfować po necie, to zapraszam na tvmalbork.pl.

Felieton o przeprowadzce (27. 06. 2012 r)

Tak to jest, jak się za czynsz nie płaci... Przyszedł komornik i wyrzucił nas z redakcji;) A tak poważnie, to faktycznie przenosimy się do budynku dawnej Szkoły Muzycznej. Dziś w redakcji popłoch, przez trzy dni zbieraliśmy w marketach kartony, żeby teraz zapełnić je papierzyskami i sprzętem. Żal nam odchodzić, bo człowiek jakoś tak się przyzwyczaił do tych murów, do tych miłych sąsiadów zza ścian. Czasem można było ze szklanką przy uchu posłuchać jakie plany ma Pani Dyrektor MCKiE. Nie, nie, żartuję, przez te grube, komunistyczne ściany to żadna szklanka się nie przebije. Ale wiedzieliśmy przynajmniej o której pan Burmistrz pod urząd zajeżdża, bo widok z okna mieliśmy pierwsza klasa.

Teraz tez źle nie będzie, redakcja będzie się mieściła w poprzednim budynku Szkoły Muzycznej, mamy o jedno okno więcej i parę metrów dodatkowych. To znaczy, że podczas pracy nie będzie mi  na plecy producent chuchał, a kolega Kuba nie strzeli mnie łokciem przy każdym stukaniu w klawiaturę. Co ciekawe, budujemy green screen. Dla nieświadomych co to, już wyjaśniam. Piękne, zielone tło, które sprawi, że siedząc w redakcji za plecami będę miała
paryska wieżę Eiffela, albo plażę z Krynicy Morskiej. I szafkę podobno swoją dostanę. I dwa segregatory. I miejsce na torebkę. Fajnie będzie.

Zaczyna się nowy etap w życiu redakcji. Taki na lepsze, bo każda zmiana jest na lepsze. Mamy nadzieję. Na razie trwa malowanie ścian, o które przez
tydzień była wojna, ja z Magdą, żoną producenta chciałam piękne, różowe ściany, a Piotr, Kuba i Dawid upierali się przy czarnych. W końcu stanęło na
białym kolorze. Niech będzie. Bylebym miejsce na torebkę miała...
Do zobaczenia w nowej redakcji przy Kopernika 1.

Felieton o beztroskim dzieciństwie (25. 06. 2012 r)

Koniec roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami. Niektórym zaczną się super wakacje, a  innym szlaban za złe stopnie na świadectwie. Jednak dla każdego dziecka to czas, w którym plecak z książkami idzie w kąt i przez kolejne dwa miesiące będzie porastał kurzem.

Kilkanaście lat temu nauczyciele mieli nieograniczoną władzę. Kiedy uczeń nie podobał się, albo nauczyciel miał zły dzień, bo mu żona awanturę rano zrobiła wstawiał lufy, aż miło. Potrafił połowę klasy usadzić, nie pytając nikogo o zdanie. Egzaminu komisyjnego, jeśli ktoś odważył się pisać na oczy nie widziano, ale wiadomo było, że i tak nikt nie zdał. Tak, nauczyciele mieli władzę.

Teraz czasy się zmieniły. Jedynek nie opłaca się wstawiać, bo za dużo ceregieli z tym, raporty pisać trzeba, ze złych ocen swoich uczniów rozliczać. Nie warto, za ten psi grosz. Teraz władzę mają uczniowie. Są nietykalni. Na sprawdzianach ściągają bezczelnie, na lekcjach smsy piszą, albo nauczyciela nagrywają na komórce z nudów. Kiedy któremuś w ucho się da, bo zasłużył, to rodzice  do sądu lecą, bo dziecko dręczone niby było. Czasem, kiedy uczeń ma zły dzień, to i rękę na nauczycielkę podniesie, a niech tylko oddać mu spróbuje. Zaraz sprawa w internecie i mediach nagłośniona. Kiedyś uczeń bał się nauczyciela, szanował go, teraz nauczyciel ucznia się boi. Świat zwariował. Porobili te durne gimnazja i dziwią się, że młodzież głupieje.

Swego czasu uczeń podstawówki dzieckiem był, a później to już młodzieżą się zwał. A kim są teraz gimnazjaliści? Już nie dziećmi, ale jeszcze nie młodzieżą. Zupełny stan zawieszenia. Do tego wymyślono  jakieś egzaminy kończące podstawówkę, tzw. testy kompetencji. Dzieci nawet tej nazwy wymówić nie potrafią, ale test pisać muszą. Dzieciństwo im się odbiera, bo rodzicie, którzy czasu nie mają chcą by dzieci jak najszybciej dorosłe były i samodzielne. Wysyłają małego Pawełka na zajęcia dodatkowe z angielskiego, naukę szybkiego czytania, zajęcia z przyrody, przy okazji kurs niemieckiego i gry na pianinie. A nuż podrośnie szybciej i dorosły będzie. Później idzie mały Pawełek na urodziny do cioci Krysi, która pyta czy lubi grać w piłkę, a on odpowiada, że tak, najlepszy w tym jest, bo tata kupił mu najnowszą  wersję gry komputerowej, właśnie w piłkę nożną. Znajomi wołami swoich synów na podwórko wyciągnąć nie mogli, to postanowili zapewnić im trochę inną aktywność, kupili za spore pieniądze symulator. Dzieciaki przed telewizorem skaczą i udają, że grają w tenisa, tańczą i kopią piłkę, której nie ma, tylko na monitorze widać. A gdzie gry w klasy, w berka? Co ze skakaniem przez gumę wyciągniętą bez wiedzy mamy z wszystkich majtek, które w domu były? Czy dzieci wiedzą co to jest grykiel? Albo znają odliczanki, typu „Ene due rabe”? Żal mi naszych maluchów, bo niby tak je kochamy, ale pozbawiamy je tego, co w naszym życiu nazywało się beztroskim dzieciństwem. Niech da Wam to do myślenia na poniedziałkowy poranek. Pozdrawiam Was słonecznie znad kubka kawy.


Felieton o EURO (18. 06. 2012 r)

Euro, Euro i po Euro... Przynajmniej dla naszej drużyny. Wczoraj na ulicy usłyszałam rozmowę:

–        Cienko zagrali nasi.

Na co drugi męski głos odparł: Nooo, ja bym to lepiej zrobił. A tak, to się człowiek nadenerwował, alkoholu tyle się zmarnowało przy kibicowaniu i nic...

Słuchać tego nie mogłam. Znowu natura Polaka się odezwała w narodzie, „ja bym to lepiej zrobił”. Ale siedząc z tyłkiem przed telewizorem, to każdy mądrować się potrafi. Dobrze zagrali chłopacy. Chociaż gdyby mniej bawili się w celebrytów, a więcej trenowali byłoby lepiej. Ale źle nie było. Fakt, że wielu polskich fanów piłki nożnej jeszcze długo nie obejrzy krecika i będą się nad nim pastwić w różnych dowcipach, ale Czesi sami zasłużyli.
Z gospodarzami wygrać? Trzeba mieć tupet...

Ja tam żadnego meczu nie obejrzałam. Wynik znam zawsze, bo trudno nie słyszeć, kiedy mąż za cienką ścianą Euro oglądał. Nie trudno się domyśleć, kiedy nasi wygrywali. Może gdyby nie to szaleństwo związane z Euro, to przekonałabym się do przynajmniej jednego meczu. A tak, to figa. Gdzie głowy nie odwrócę, wszędzie Euro. W sklepie znak Euro na każdym produkcie, bez przesady, ale nawet na papierze toaletowym. Jestem tylko ciekawa co stanie się z tymi produktami, które się nie sprzedadzą. Promocja promocję pewnie gonić będzie.

Najbardziej irytujące są jednak flagi na autach, łopoczą na wietrze przy prawie każdym aucie. Z okazji świąt narodowych tylu flag nie widziałam, co teraz. No, może w poprzednim systemie, kiedy flaga przy domu obowiązkowa była, ale w ostatnich latach nasz patriotyzm jakby zamarł. Na szczęście Euro 2012 sprawiło, że znowu czujemy się Polakami. I nawet, jeśli nie zagramy w finale, to zawsze jesteśmy gospodarzami i możemy przyszłych finalistów
z najlepszych naszych hoteli pod most wykurzyć. W końcu u nas są, co nie?


Felieton prasowy (21. 05. 2012 r)

Nad tematem dzisiejszego felietonu nie musiałam się zbyt długo zastanawiać. Wystarczyło, że odwiedziłam swój ulubiony salon prasowy. Dla tych, którzy nie orientują się co to za miejsce już wyjaśniam. W czasach, kiedy internet rządzi wszystko zaczyna się kotłować w necie, nawet książki przerabiane są na e - booki. A przecież jest coś takiego jak papierowe książki i czasopisma. Mają kartki, które trzeba przewrócić, żeby dotrzeć do kolejnej strony. Nie używa się kursora, tylko ślini palec, żeby przewrócić kartkę. Czasopisma: różne dzienniki, tygodniki, miesięczniki itd. kupić można w salonach prasowych, kioskach, jak zwał, tak zwał. W każdym razie swego czasu panie w takich kioskach „Ruchu” zakładały  ludziom teczki, w których na klientów czekały  ”Przekrój”, „Filipinka”, „Świat Młodych”, „Kraj Rad” itd. Teraz gazety, o ile się kupuje to tylko dlatego, że mają dodatek w postaci błyszczyka chińskiej produkcji, albo jakiś film gratis. Gratisy bierzemy, a gazetę wyrzucamy. Płacz w oczach, ale taka jest rzeczywistość. Okazuje się jednak, że zdarzają się jeszcze czasopisma, które mają więcej artykułów, niż reklam, a artykuły nawet nadają się do czytania. Nie będę Wam zdradzała które to, bo za reklamę nikt mi nie płaci, ale uwierzcie mi na słowo, że są... Kiedy już docieramy do takich czasopism, miło jest wieczorem usiąść przy stole, z kubkiem dobrej herbaty i poczytać sobie zwyczajnie gazetę. Jak za starych, dobrych czasów. Kiedyś gazeta była zmorą małżeństw, bo mąż żony zza takiej gazety nigdy nie widział. Faceci czytali wszędzie, przy stole, w łóżku, w toalecie, gdzie się dało. Kobiety zresztą nie były lepsze. Ale czytać można było nawet siedząc koło siebie, co nie sprawdza się z kolei jeśli chodzi o internet. Każdy w swoim pokoju, każdy w swoim świecie, każdy ze swoim laptopem. Wracając do czytania czasopism, to wydawało mi się, że czasy „znajomej pani z kiosku” skończyły się bezpowrotnie. Zostałam jednak mile zaskoczona. Mam pewne miejsce, gdzie lubię kupować coś do poczytania, bo miła pani zza lady wie, co ma na regałach. Wystarczy rzucić temat, a kilka chwil później trzymamy w ręku to, o co właśnie nam chodziło. Kilka dni temu jak zwykle podczas robienia zakupów zaszłam po czasopisma. Przy wejściu usłyszałam miłe „Dzień dobry” i niespodziewane „Jest już ta pani gazeta, którą pani czyta”. Odetchnęłam z ulgą, bo okazało się, że jednak są jeszcze „znajome panie z kiosku”.

Pozdrawiam panią z salonu prasowego w Kauflandzie.

 
Felieton wiejsko-mieszcza
ński (14. 05. 2012 r)

Z zamiarem zamieszkania na wsi nosiłam się jeszcze zanim zapanowała się na to moda. I na pisanie książek  o cudownie otrzymanym spadku w postaci starego domku wśród jezior i lasów. Każda z tych historii zaczyna się tak samo i podobnie tez kończy się. Głównej bohaterce wali się nagle świat na głowę. Mąż ją zdradza, firmę szlag trafia, albo wyrzucają ją z pracy, traci pieniądze itd. Nie wiadomo skąd nagle zdarza się cud i odziedzicza dom na wsi, albo kupuje. Choroba wie za co, bo przecież wszystko straciła. Ale jakimś sposobem udaje się się kupić dom z ogrodem, wyremontować go i jeszcze pensjonat za to postawić. Poznaje cudownego faceta, takiego księcia z bajki i żyją długo i szczęśliwie popijając herbatkę i naleweczki na tarasie. I tu zaczyna się mój dramat. Bo ja też straciłam pracę na skutek skutecznych intryg „koleżanki” z pracy, ale zanim to się stało zdążyłam z mężem kupić domek na wsi. Związałam się przez to z bankiem na  trzydzieści długich lat i mimo że mieszkamy tu już od dwóch i pół roku, to ciągle nie mamy ogrodu, tylko chaszcze, a dom wymaga remontu i to takiego, żeby nie zawalił się. Na tarasie herbatkę owszem pijemy, ale naszą zmorą są szerszenie, na romantyczne spacery nie mamy czasu, a ogrodu nie możemy zrobić, bo do braku czasu dochodzi brak kasy. I to są te realia, o których się nie pisze, ale jednak są. Są i niszczą zdrowemu człowiekowi zdrowie i nerwy, bo po przeczytaniu takiej książki przeciętna czytelniczka myśli sobie, że takie życie to bajka i pakuje się w ten bałagan życiowy na resztę swoich dni. Bo przecież bohaterka nawet wyczerpana fizycznie pracą w ogrodzie zawsze ma czas, żeby wieczorem zrobić konfitury, upiec ciasto, prowadzić blog i wypić herbatę na tarasie. A do tego wygląda jak z katalogu mody, ma zadbane paznokcie, piękne włosy i zawsze extra ciuchy, które niby byle jakie, ale czyste, wyprasowane i gustowne. Jeśli bohaterka ma dziecko, to ono albo śpi, albo cały dzień bawi się jak anioł. Tyle na temat porównania fikcji z prawdziwym życiem. A jak wygląda moje życie?... Realistycznie;)